O autorze
Ryszard Kapuściński Amerykę Południową nazywał laboratorium przyszłości, Eduardo Galeano twierdził, że krwią z jej otwartych żył poi się dobrobyt Europy, a Pablo Neruda zapewniał, że tamtejsi mędrcy nie boją się absurdu. Spoglądając z perspektywy Oxfordu, Buenos Aires i La Havany, sprawdzam, czy i jak bardzo ci Panowie mieli rację.
mateusz.mazzini@gmail.com

Koniec cudu latynoamerykańskich miast?

Nie dalej jak kilka lat temu zdawało się, że zmaterializowane zostanie powiedzenie Ryszarda Kapuścińskiego, że Ameryka Południowa to „laboratorium przyszłości”. Masowo zachwycano się i importowano do Europy innowacyjne rozwiązania w przestrzeni miejskiej. Fetyszyzowane przez naszych samorządowców było przede wszystkim brazylijskie Porto Alegre, ojczyzna budżetu partycypacyjnego, zielonych mostów i regulacji prawnych sprzyjających start-upom. Koniec złotej ery tamtejszych miast zdaje się nadchodzić jednak równie szybko i niespodziewanie, co jej początek.

Nie sposób zrozumieć dzisiejszej Ameryki Południowej bez zrozumienia jej miast. Dawno już ta część świata przestała być zdominowana przez obszary wiejskie. Spośród ok. 600 milionów mieszkańców kontynentu, prawie 80% z nich żyje dziś w miastach, a 30% skupiona jest w 22 największych ośrodkach metropolitalnych, które wytwarzają łącznie 40% PKB całego regionu. Jednak jak donosi najnowszy raport amerykańskiego think-tanku Brookings Institute, miasta w Ameryce Południowej rozwijają się najwolniej spośród wszystkich regionów świata.



W latach 2013-214 wzrost zatrudnienia wyniósł tam jedynie 1,2%, znacznie mniej niż średnia dla wszystkich metropolii krajów rozwijających się (1,7%). Niestety mniejszy wzrost zatrudnienia wcale nie przekłada się na spadek migracji z obszarów wiejskich. Coraz więcej osób wyjeżdża do miasta - również z powodu problemów z tytułami własności ziemi pod uprawę - lecz coraz trudniej jest im znaleźć pracę. Często dołączają przez to do rzeszy biednych zamieszkujących favele i slumsy lub zostają werbowani przez zorganizowane grupy przestępcze. Ten ostatni proces jest plagą zwłaszcza w wenezuelskim Caracas (jednym z 10 najniebezpieczniejszych miast świata) oraz w miastach Mezoameryki, gdzie średnio notuje się niemal 100 porwań na 10 tys. mieszkańców.

Jeszcze gorzej wygląda porównanie statystyk wzrostu PKB w dużych metropoliach. Podczas gdy średnia dla krajów rozwijających się wynosi 4,0%, dla Ameryki Południowej wskaźnik ten jest ujemny (-0,3%). Kontynent w dół ciągnie znów wspomniane już Caracas, argentyńskie Buenos Aires (głównie przez politykę rządu Cristiny, która nie przepada za europejskim kapitałem) ale i większość miast Brazylii - do niedawna uznawanych za wzorce do naśladowania. Pomimo organizacji mistrzostw świata rok temu i nadchodzących igrzysk olimpijskich w Rio wzrost PKP dla brazylijskich miast wyniósł mocno niepokojące -0,9%, a podziwianie do niedawna Porto Alegre i Sao Paolo znalazły się wśród 60 najwolniej rozwijających się gospodarek miejskich na całym świecie.

Złoty okres latynoamerykańskich miast zdaje się kończy. Niestety, nie wykorzystały one boomu gospodarczego ostatnich lat i dzisiaj mają spore problemy z finansowaniem najpotrzebniejszych inwestycji. Najbardziej widoczne jest to w infrastrukturze, gdzie prywatni inwestorzy są już absolutnie niezbędni. Przykład - dwa największe projekty w transporcie publicznym: rozbudowa metra w Limie i Quito - w dużej mierze finansowane są ze środków funduszy inwestycyjnych. Jak wskazują dane Banku Światowego, ten trend będzie się tylko nasilał, gdyż udział prywatnych przedsiębiorstw w inwestycjach infrastrukturalnych wzrósł w krajach rozwijających się w minionym roku aż o 23%.

Chyba, że merowie i aktywiści z Ameryki Południowej znów nas czymś zaskoczą. W końcu to laboratorium przyszłości.
Trwa ładowanie komentarzy...