Waszyngton znów patrzy na Południe

Choć oczy całego świata skupione były na historycznym uścisku dłoni Barracka Obamy i Raula Castro, to w miniony weekend, podczas 7. Szczytu Ameryk, Stany Zjednoczone wykonały kilka znacznie bardziej znaczących gestów.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że cały Szczyt - odbywające się co 3 lata spotkanie 37 głów państw półkuli południowej - został zwołany tylko i wyłącznie dla tego jednego momentu. Po raz pierwszy od ponad 5 dekad prezydent Stanów Zjednoczonych spotkał się osobiście z prezydentem Kuby, tym samym czyniąc kolejny krok ku rozpoczętej w grudniu zeszłego roku normalizacji stosunków między oboma krajami.

Liderzy państw amerykańskich spotykają się od 1994 roku, jednak w tych obradach nigdy przedtem nie uczestniczyli przedstawiciele Kuby. Głównie dlatego, że Szczyty Ameryk odbywają się pod auspicjami Organizacji Państw Amerykańskich - istniejącego od 1948 roku międzynarodowego ciała historycznie używanego przez USA jako instrument swojej niejednokrotnie mocno imperialistycznej polityki zagranicznej wobec Ameryki Łacińskiej.

Kuba co prawda znalazła się w gronie państw założycielskich, lecz jej członkostwo zostało zawieszone w 1962, w następstwie rewolucji i dojścia do władzy Fidela Castro. Izolacja Hawany trwała aż do 2009 roku, kiedy to Barrack Obama uchylił decyzję o jej wykluczeniu z forum, dzięki czemu Raul Castro mógł w sobotę przemawiać do wszystkich latynoamerykańskich przywódców jednocześnie - co nie stało się nigdy udziałem nawet jego brata Fidela.

Nie byłoby to oczywiście możliwe bez nowego, zdecydowanie bardziej koncyliacyjnego podejścia do dialogu między oboma krajami, który prezentuje obecnie Biały Dom. Barrack Obama nie tylko przywrócił Kubę do OPA, ale również, po wielomiesięcznych tajnych negocjacjach prowadzonych m.in. w Kanadzie i Watykanie, zdecydował się ponownie otworzyć amerykańską misję dyplomatyczną w Hawanie. Aby uzmysłowić sobie skalę przełomu, wystarczy przypomnieć, że poprzednik Obamy, George W. Bush, wpisał w 2002 r. Kubę na listę państw wspierających światowy terroryzm, nakładając przy tym bardzo ostre ograniczenia w wydawaniu wiz i przesyłaniu pieniędzy.

W dodatku w czasach jego prezydentury zespół analityków i dyplomatów zajmujących się w Departamencie Stanu Ameryką Łacińską został zredukowany o 23%, a kierownicze stanowiska przydzielono…weteranom z czasów prezydentury Ronalda Reagana. Najlepszym tego przykładem jest Otto Reich, w czasach Reagana szef USAID na Amerykę Południową i ambasador w Caracas, przez Busha wskrzeszony w randze Wicesekretarza Stanu ds. Półkuli Południowej. Nietrudno jest zgadnąć, że dialog między Stanami i resztą regionu nie przeżywał wtedy swoich najlepszych lat.

I właśnie tutaj upatrywać należy największą zmianę, której uścisk dłoni Castro i Obamy był co najwyżej jednostkową ilustracją. To nie tylko otwarcie na Hawanę, to otwarcie na całe południe, do którego dłoń Castro może posłużyć jako sprawny wytrych. Po latach ignorowania kierunku południowego, zmniejszania zasobów ludzkich i przede wszystkim w obliczu coraz większej obecności Chin i Rosji (która w zeszłym roku stała się głównym dostarczycielem broni do Ameryki Południowej), Stany Zjednoczone znów z zainteresowaniem patrzą w kierunku Rio de Janeiro, Buenos Aires i Peru.

Oprócz zbliżenia z Kubą, podczas szczytu w Panamie Obama zadeklarował m.in. przeznaczenie 68 milionów USD na edukację przedsiębiorczości i rozwój sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Ameryce Łacińskiej. Ponadto Waszyngton zobowiązał się wspierać inicjatywę Kobiecej Przedsiębiorczości w Amerykach oraz dołożyć znaczącą cegiełkę do rozwoju energii odnawialnej w całym regionie. Na uwagę zasługuje przede wszystkim ton tych deklaracji. Biały Dom nie narzuca kierunku zmian, co najwyżej ustala je w porozumieniu z resztą przywódców lub wspiera ich własne inicjatywy - jak chociażby w przypadku meksykańskiego projektu stworzenia panamerykańskiej sieci otwartych reform rządowych. Jeszcze 10 lat temu taka retoryka byłaby trudna nawet do wyobrażenia.

Ciężko jednoznacznie określić, co spowodowało powrót Ameryki Południowej na szczyt agendy Białego Domu. Czy rosnąca konkurencja ze strony Chin, już teraz będących głównym partnerem handlowym dla chilijskiej miedzi i brazylijskiej ropy, czy też obawa przed ekspansywną polityką Rosji, budującą sobie przyczółki na kontynencie (mowa jest nawet o budowie baz dla rosyjskiej marynarki w Wenezueli i na Kubie).

Faktem jest jednak, że po latach ignorowania zmian, jakie zaszły na południu, Stanom ciężko będzie wrócić na pozycję hegemona - zbyt wiele się zmieniło, a stare instrumenty już nie zadziałają. Dlatego być może nie obejdzie się bez pośredników - a Hawana wydaje się do tej roli po prostu stworzona. Czas pokaże jednak, kto na tym układzie zyska najbardziej.
Trwa ładowanie komentarzy...