Wybierz prezydenta pilotem, Ameryka Łacińska powie Ci jak

Photo: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Zżymamy się na poziom kampanii w rodzimych wyborach prezydenckich, co rusz narzekając na jej teatralność, mediatyzację i brak bezstronnego podejścia dziennikarzy czy stacji telewizyjnych. Jednak tak naprawdę daleko nam do mistrzów uprawiania polityki na szklanym ekranie.

W chwili zbierania materiałów do tego wpisu całkiem sporą część polskich internautów elektryzuje debata dotycząca udziału prezydenta Bronisława Komorowskiego w dzisiejszym (wtorek) odcinku talk-show Kuby Wojewódzkiego. Jedni uznają to za sprytne posunięcie sztabu Komorowskiego, inni rzucają oskarżenia o stronniczość, a nawet „reżimowość” stacji, w której show się odbędzie.




Nie to jednak będzie tematem tego felietonu. Rozstrzygnięcie sporów dotyczących niezależności polskich mediów zostawmy osobom do tego bardziej kompetentnym, albo chociaż bardziej zaangażowanym. Faktem jest, że (czy nam się to podoba czy nie) coraz więcej kwestii z punktu widzenia polityki absolutnie fundamentalnych rozstrzyga się - bezpośrednio lub nie - w telewizyjnym studiu. Jednak jeśli wydaje nam się, że jesteśmy pod tym względem wyjątkowi, że media w Polsce rozdają polityczne karty we wszystkich kolorach - czas na zimny prysznic i daleką podróż. Zapraszam do Ameryki Południowej, tam wyniki wyborów sprzedaje się w pakiecie z gotowym scenariuszem rozpisanym na 1000 odcinków.

W zeszłym tygodniu, po niecałych 14 miesiącach swojej drugiej kadencji jako głowa państwa, prezydent Chile Michelle Bachelet zażądała dymisji wszystkich 23 ministrów swojego rządu. Posunięcie to było o tyle dziwne, że Chile jest powszechnie uznawane za najstabilniejszy - zarówno ekonomicznie, jak i politycznie - kraj w Ameryce Południowej, a sama Bachelet cieszyła się sporym poparciem społecznym (jej ojciec, generał lotnictwa, zginął w wyniku tortur po miesiącach przesłuchań przez reżim Pinocheta). Najciekawszy jednak pozostaje fakt, że dymisję swoich ministrów pani prezydent zapowiedziała…w trakcie popularnego weekendowego talk-show "Sabado Gigante" nadawanego w prywatnym kanale Chanel 13.

Jego gospodarzem jest znany chilijski dziennikarz, Mario Kreutzberger, szerzej znany jako Don Francisco. Kreutzberger wydawał się do tego stopnia zaskoczony deklaracją pani prezydent, że w pewnym momencie zabrakło mu wręcz pytań. Na szczęście w sukurs przyszła mu sama Bachelet, serwując kolejne trzęsienie ziemi - zapowiedziała, że decyzję w sprawie przyjęcia poszczególnych dymisji i ewentualnego powołania nowych ministrów podejmie w ciągu 72 godzin. Ostatecznie skończyło się na 108 godzinach, a Bachelet powołała nowy rząd w miniony poniedziałek. Tym razem jednak w pałacu prezydenckim.

Aby uczynić tę historię bardziej obrazową, przenieśmy ją na grunt polski. Wyobraźmy sobie, że Ewa Kopacz przychodzi za kilka dni do programu, którego gospodarzem jest pół-Jan Pospieszalski, pół-Szymon Majewski, w dodatku występujący pod pseudonimem „Pan Władysław”, po czym ogłasza w nim dymisję całego rządu i powołanie nowego po weekendzie. Brzmi absurdalnie? A co powiedzielibyście na kilkanaście odcinków „Klanu” czy „M jak Miłość” w ukryty sposób zachęcających Was do głosowania na Andrzeja Dudę?

To z kolei klasyk (politycznej) telewizji w Brazylii. W 1985 roku, gdy rządy tamtejszej dyktatury wojskowej chyliły się ku upadkowi, jedną z kluczowych ról w pokojowej transformacji kraju odegrał Roberto Marinho, brazylijski magnat medialny. On i jego rodzina zarządzają od wielu lat koncernem Rede Globo, składającym się z 13 kanałów telewizyjnych, 18 stacji radiowych i ponad 40 innych spółek medialnych. Marinho szybko wyczuł zmieniający się wiatr historii i stanął po stronie demokratycznych przywódców - Tancredo Nevesa i Jose Sarney’a. Zaoferował im niemal nielimitowany czas na antenie własnych stacji, sam dokonał politycznego rebrandingu opozycji, wymyślił im slogany wyborcze i emitował zdjęcia na tle flagi i hymnu narodowego, a nawet…portretów świętych.

Jednak najciekawszym zabiegiem była propaganda wyborcza ukryta w telenowelach. Marinho po latach otwarcie przyznał się, że ingerował w pracę scenarzystów telenowel emitowanych w jego kanałach, tak aby ich fabuły odzwierciedlały nastroje polityczne w kraju. I tak jeszcze w latach 80-tych do popularnej telenoweli "Vale Tudo" (odpowiednik naszego "W Labiryncie") dopisano postać dobrego księdza opierającego się pokusom, by bronić ubogich - postać wzorowaną oczywiście na późniejszym prezydencie Nevesie. Marinho nie poprzestał jednak na transformacji - gdy rządy byłych dysydentów przestały być dla niego tak korzystne, stanął w opozycji do innego prezydenta, Fernando Collor de Melo. Użył tego samego manewru - przemycając krytykę głowy państwa i oskarżenia o korupcję do scenariuszy trzech największych telenowel, czym… doprowadził do impeachmentu urzędującego prezydenta.

Jeśli jednak wciąż uważacie, że to za mało, wyobraźcie sobie zatem kampanię, w której prezydent Komorowski wycofuje się z drugiej tury, uważając przewagę Andrzeja Dudy za niemożliwą do zniwelowania, po czym…partneruje Robertowi Więckiewiczowi w filmie luźno opartym na własnej biografii. Po umiarkowanym sukcesie filmu kręci następne produkcje, po czym wdaje się w bujny i płomienny romans z koleżanką z planu. Niemożliwe? Nie w Argentynie. Tamtejszy były prezydent, Carlos Menem, pomimo minimalnego zwycięstwa w I turze przeciwko Nestorowi Kirchnerowi w 2001 roku wycofał się z wyborów i rozpoczął karierę aktorską, zakończoną głośnym romansem z chilijską celebrytką Cecilią Bolocco, byłą Miss Universum i gwiazdą oper mydlanych.

Jak widać, są na świecie kraje, w których mariaże polityki, mediów i szklanego ekranu są dużo bardziej niekonwencjonalne niż nad Wisłą. I choć artykuł ten pisany jest mocno z przymrużeniem oka, to apelowałbym jednak, żeby nie zaczynać od jutra szukać nawiązań do kampanii Komorowskiego czy Dudy w kolejnych scenach Na Wspólnej czy Barw Szczęścia. No, chyba, że Michał Kamiński i Beata Szydło oglądają Rede Globo i "Sabado Gigante"…
Trwa ładowanie komentarzy...