O autorze
Ryszard Kapuściński Amerykę Południową nazywał laboratorium przyszłości, Eduardo Galeano twierdził, że krwią z jej otwartych żył poi się dobrobyt Europy, a Pablo Neruda zapewniał, że tamtejsi mędrcy nie boją się absurdu. Spoglądając z perspektywy Oxfordu, Buenos Aires i La Havany, sprawdzam, czy i jak bardzo ci Panowie mieli rację.
mateusz.mazzini@gmail.com

Meksyk, państwo upadające

Dzisiejsze nagłówki gazet i portali informacyjnych na całym świecie donoszą o kolejnym przypadku brawurowej ucieczki z więzienia narkotykowego bossa, Joaquina Guzmána. Jednak prawdziwe porażki z wojnie z narkobiznesem mają miejsce na dużo niższych szczeblach.

Zrobił to już drugi raz. Joaquin „El Chapo” Guzman tym razem najpewniej uciekł z więzienia o zaostrzonym rygorze w meksykańskim Altiplano, rzekomo najtrudniejszej do zdobycia fortecy w kraju, przez podziemny tunel, wiodący z więziennych pryszniców aż półtora kilometra w głąb terenu za murami.



Dziurę o wymiarach 50 na 50 cm funkcjonariusze więzienia znaleźli kilkadziesiąt minut po tym, kiedy kamery bezpieczeństwa zarejestrowały go po raz ostatni, wczoraj o godz. 21. Szczegóły akcji nie są jeszcze znane, ale na pierwszy rzut oka widać, że tunelu długiego na 1500 metrów Guzman nie wykopał raczej aluminiową łyżeczką przemyconą pod koszulą z więziennej stołówki.

Guzman, obrzydliwie bogaty boss kartelu ze Sinaloa, nazwanego z powodu stanu, w którym wziął swój początek i który jest do dzisiaj jego matecznikiem, już po raz drugi udowodnił bezradność meksykańskiego wymiaru sprawiedliwości i aparatu bezpieczeństwa. Pierwszy raz złapano go w 1993 roku w Gwatemali - po niemal ekspresowej ekstradycji, El Chapo został skazany na 20 lat więzienia za handel kokainą i tzw. przestępstwa okołonarkotykowe - korupcję, wymuszenia, zabójstwa.

Nie odsiedział jednak pełnej kary. Szybko znalazł się ponownie na wolności, uciekając z innego więzienia-fortecy w Puente Grande najprawdopodobniej w wózku z brudną bielizną przeznaczoną do prania. Już wtedy nie działał sam - aż 18 pracowników różnego szczebla więzienia usłyszało zarzuty współpracy z Guzmanem i zostało skazanych prawomocnymi wyrokami. Tym razem zapewne było podobnie, choć władze Meksyku na pewno wolałby nie musieć się przyznawać do kolejnej wewnętrznej wpadki.

Łowienie grubych ryb, czyli wojna wymierzona bezpośrednio w największych bossów narkotykowych karteli stała się bowiem jednym z głównych sloganów obecnego prezydenta kraju, Enrique Peñi Nieto. Od objęcia przez niego urzędu w 2012 roku, władzom udało się skazać lub zabić sześciu czołowych lordów narkotykowych, w tym Guzmana, który wrócił za kratki niemal dokładnie rok temu.

Aby uzmysłowić sobie, jak bardzo prestiżowa była dla rządu w Mexico City kwestia ponownego złapania Guzmana, wystarczy posłuchać wypowiedzi przedstawicieli tamtejszych władz. Już po ponownym aresztowaniu El Chapo, 22 lutego 2014 roku amerykański Departament Sprawiedliwości złożył wniosek o ekstradycję Guzmána i prawo do sądzenia go w Stanach - głównie dlatego, że kierowany przez niego kartel Sinaloa ma swoje komórki w ponad 1200 amerykańskich miastach. Jednak ówczesny prokurator generalny Mesyku, Jesus Murillo Karam, odmówił wydania Guzmana i nakazał jego proces w ojczyźnie. Jak sam potem powiedział, „wysłanie go do Stanów pozwoliłoby zaoszczędzić masę pieniędzy, ale posadzenie Guzmana w kraju to kwestia suwerenności narodowej Meksyku”.

Suwerenności, dodajmy, której Meksyk ma coraz mniej, wyraźnie przegrywając wojnę z kartelami narkotykowymi. Według różnych szacunków, od amerykańskiej USADA do Human Rights Watch, między 30 i 45% terenów kraju jest praktycznie w całości wyłączonych spod jurysdykcji aparatu państwowego - kontrolę nad nim sprawują kartele, zwłaszcza Sinaloa i Zetas. Kolejne statystyki są jeszcze bardziej szokujące. 

Od 2006 roku, daty formalnie uznawanej za początek wojny z narkotykami w Meksyku, związanej z przejęciem władzy przez prezydenta Felipe Calderona i wdrożeniu tzw. planu miitaryzacyjnego Mérida, w wyniku operacji wojska i policji oraz zbrodni okołonarkotykowych ginie w Meksyku średnio 40,000 osób rocznie. Ponadto ok. 30,000 osób w tym okresie uznano za zaginionych. Ponad 1000 polityków, przedstawicieli administracji oraz wymiaru sprawiedliwości zginęło w zamachach i strzelaninach.


Jednak wojna państwa z kartelami nie jest do końca czarno-biała i - co należy wyraźnie podkreślić - niesie za sobą ogromny spadek jakości demokracji i służby publicznej. Eskalacja przemocy na ulicach najbardziej negatywnie odbiła się na jakości meksykańskiego prawodawstwa i ochronie praw człowieka. Tamtejsza Komisja Ochrony Praw Człowieka od 2006 roku notuje rok rocznie alarmujący wzrost w ilości skarg na procedury policji i wojska. Średnio ok. 1,500-1600 skarg rocznie składanych jest na metody przesłuchań, naloty i rewizje prowadzone przez siły specjalne. Ci, którzy docelowo mają chronić prawa, często działają na jego obrzeżach lub pod płaszczem wątpliwych przepisów. 



Najbardziej znanym przykładem jest konstytucyjna poprawka z 2008 roku, wprowadzająca instytucję tzw arriago, czyli tymczasowego aresztu bez procesu. Zgodnie z jej założeniami, osoby podejrzane o handel narkotykami mogą być przetrzymywane i przesłuchiwane aż do 80 dni bez procesu.

Nie wiadomo, jak długo jeszcze potrwa wojna ani na czyją korzyść przechyli się szala zwycięstwa. Walk z kartelami mają dość wszyscy - policjanci, wojskowi, sędziowie, a przede wszystkim zwykli obywatele, stanowiący ok. 15% wszystkich ofiar śmiertelnych. Dość ma też Waszyngton, główny sponsor militaryzacji Meksyku, który od 2007 roku wydał na dozbrojenie tamtejszych sił ponad 2,4 miliarda dolarów. Wojna z narkotykami będzie jednak trwać zapewne w najlepsze, przynajmniej przez najbliższe kilkanaście-kilkadziesiąt lat. A jej trwałość najlepiej obrazują liczby - tym razem jednak dotyczące zupełnie innych statystyk.

Kilogram kokainy kosztuje w Meksyku 12 tys. dolarów. Po przekroczeniu granicy z USA ta cena wzrasta do 27 tys. Jeszcze lepiej ma się ekstrakt z opium - kilogram wyprodukowany w Meksyku kosztuje 1500 dolarów, w USA jego wartość rynkowa niejednokrotnie przekracza 50 tysięcy. Takie marże z pewnością napędzą biznes na lata, szkoda tylko że w kategorii „kosztów produkcji i eksploatacji” trzeba dopisywać śmierć ludzką liczoną w setkach tysięcy.
Trwa ładowanie komentarzy...